Nowa Gwiazda

Aplikacja mobilna

Modlitwa

Adoracje

Media

Mówią, że jestem krawcem Matki Bożej (wywiad z Mariuszem Drapikowskim)

Z Mariuszem Drapikowskim, gdańskim artystą złotnikiem i bursztynnikiem, autorem wielu dzieł z dziedziny sztuki sakralnej i użytkowej, m.in. sukni do obrazów Matki Bożej, słynnego tryptyku "Niebiańska Jerozolima" umieszczonego przy IV stacji Drogi Krzyżowej w Jerozolimie, a także pater z martwą naturą wykonanych dla królowej Belgii i króla Hiszpanii, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

W Pana dorobku artystycznym jest wiele dzieł wykonanych w bursztynie. Co takiego zawiera w sobie ten kamień, że stał się dla Pana źródłem twórczych poszukiwań?
- Są różne żywice kopalne na całym świecie, ale tylko bursztyn jest tak zjawiskowy. Można powiedzieć, że istnieje swoista grypa bursztynowa - ktoś, kto raz wziął ten kamień do ręki i zaczął się nad nim zastanawiać, odkrywając w tej bryle jego niezwykłe właściwości, natychmiast zaraża się miłością do niego. Powietrze zamknięte w bursztynie liczy ok. 45 milionów lat i zawiera olejki eteryczne, które uwalniają się, kiedy bursztyn jest rozcinany. Powstaje wtedy wrażenie, że kamień ten pachnie. Najpiękniejsze bursztyny występują na terenie Polski, a ich kolor zależy od stopnia napowietrzenia. Kwas bursztynowy ma działanie lecznicze dla organizmu ludzkiego. Z uwagi na specyficzne właściwości chemiczne i fizyczne bursztynu nie można go obrabiać plastycznie, a jedynie poddawać skrawaniu lub bezpośrednio w nim rzeźbić. Bursztyn był mi zupełnie obojętny aż do momentu, gdy po raz pierwszy wziąłem do ręki jego bryłę, zacząłem ją obracać w dłoniach, przypatrywać się, gdy poczułem jej ciepło. Zacząłem wtedy odkrywać, że jest to niezwykły materiał.


Rozumiem, że Pan również się zaraził... Czy tworzy Pan głównie w bursztynie?
- Tworzę, wykorzystując różne materiały, i bursztyn jest jednym z nich. Wartość bursztynu w ostatnich latach wzrosła pięcio-, sześciokrotnie. Siłą rzeczy cena dzieła ogranicza jego nabywcę. Cóż bowiem z tego, że wykonam okazałą pracę z bursztynu, której cena będzie przystępna tylko dla określonej, bardzo wąskiej grupy ludzi? Nie o to chyba chodzi. A tak już jestem ukształtowany, że tworzę rzeczy duże. Nie chciałbym jednak wiązać się wyłącznie z bursztynem, aczkolwiek trwa we mnie nieprzemijająca miłość do tego kamienia. Dla przykładu przypomnę, że wykonałem dwie srebrne figury: św. Kazimierza i św. Pawła I Pustelnika do jasnogórskiej kaplicy. Znajdują się one w niszach po obu stronach Ikony. Swego czasu stały tam mosiężne, posrebrzane rzeźby, które na potrzeby tworzącej się w 1812 roku u boku Napoleona armii polskiej zostały przekazane przez klasztor jasnogórski na przetopienie. Przeor i kustosz Jasnej Góry o. Jan Golonka zwrócił się do mnie z prośbą o odtworzenie oryginalnych figur z zastosowaniem, o ile to możliwe, XVII-wiecznych technik wykonania. Niestety, wiedza o nich z biegiem czasu zaginęła. Kiedy podejmowałem się tego zadania, poszukiwałem jakiejkolwiek pracowni na świecie, która by te techniki stosowała, aby na zasadzie współpracy móc te figury wspólnie odtworzyć, jednak takiej nie znalazłem. Musiałem więc, metodą prób i błędów, sam te techniki odtwarzać, by przywrócić ołtarzowi jasnogórskiemu pierwotny wygląd.

Jak wiele czasu to Panu zabrało?
- Dużo czasu. My tutaj nie liczymy go w ośmiogodzinnym wymiarze pracy. Jeżeli praca staje się pewnego rodzaju hobby, zupełnie inaczej do niej podchodzimy...

To znaczy, że to, co Pan robi, jest Pana pasją?
- Tak. Zainteresowań mam wiele, ale pasją jest dla mnie moja praca. Nie muszę poszukiwać czegoś jeszcze, co by uzupełniało niedobór namiętności, którą tutaj mogę zrealizować. Proces tworzenia jest za każdym razem do pewnego stopnia odkrywczy. Jeżeli chodzi np. o wspomniane figury, udoskonaliliśmy techniki XVII-wieczne o doświadczenia następnych wieków i doświadczenia współczesnych technik i technologii. Kiedyś artyści nie byli w stanie wykonywać dużych figur w srebrze z racji ograniczonych możliwości zwalcowania blachy, uzyskiwania jej określonej wielkości i grubości. Dziś nie mamy takich ograniczeń. Opracowaliśmy nowoczesną technologię, która pozwala wykonać w srebrze figurę każdej wielkości. Jak to jest możliwe? Uchylę tutaj rąbka tajemnicy. Taka figura nie stanowi jednej monolitycznej bryły. Jest ona składana z poszczególnych części, tj. rąk, dłoni, głowy itd., trochę jak klocki lego. To sprawia, że nie jesteśmy ograniczeni wielkością form.

Czy skupia się Pan wyłącznie na sztuce sakralnej?
- Nie. Przykładem mogą być chociażby patery z martwą naturą, które wykonałem m.in. dla królowej Belgii i króla Hiszpanii.

Ale zdobył Pan przecież przydomek jubilera Kościoła...
- To prawda. Niektórzy mówią nawet, że jestem krawcem Matki Bożej ze względu na wykonywane dla Niej suknie. Wykonuję także monstrancje w bursztynie. Pierwszą była duża, mierząca 1,8 m wysokości monstrancja przeznaczona do kościoła św. Brygidy w Gdańsku. Waży 35 kg i oczywiście ksiądz mógłby ją podnieść, ale nie jest to konieczne. Wystarczy bowiem, np. do błogosławieństwa, wyjąć kustodium wraz z krzyżem. Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że największa monstrancja, jaka została wykonana, znajduje się w Toledo. Jest cała ze srebra i złota zdobytego przez konkwistadorów i waży 280 kilogramów. W procesji Bożego Ciała niesiona jest przez grupę mężczyzn. Wykonałem też m.in. monstrancję na upamiętnienie wprowadzenia przez Ojca Świętego czwartej części Różańca, stąd jest ona monstrancją różańcową. Chrystus Eucharystyczny jest wkładany do wnętrza rozciętego bursztynu, podobnie jak w innej, wykonanej również przeze mnie, milenijnej monstrancji bursztynowej.

Skąd czerpie Pan natchnienie do pracy nad tak pięknymi dziełami?
- Staram się, by prace, które powstają w naszej pracowni, były tworzone w podobny sposób, jak kiedyś tworzono ikony. Sztuka sakralna powinna prowadzić do Boga. To nie jest produkcja, ale twórczość wypływająca z określonego stanu ducha, ze stanu łaski uświęcającej. Można powiedzieć, że każdy twórca modli się zgodnie ze sztuką, jaką tworzy. Jan Paweł II mówił: tchnienie - natchnienie. To są słowa bliskoznaczne. Tchnienie to Duch Święty. Stąd tworzenie jest takie bliskie...

...stwarzaniu?
- Tak. Uważam, że samo tworzenie jest bardzo bliskie Bogu. Tworząc swoje prace, nie skupiam się tylko i wyłącznie na własnych przemyśleniach, ale również zwracam uwagę na osoby, które ze mną współpracują. Proces twórczy jest związany również z ich modlitwą i przemyśleniami. Z racji gabarytów i ilości prac, które wychodzą z naszej pracowni, trudno utożsamiać je wyłącznie z jednym człowiekiem. Dlatego bardzo szanuję osoby, które ze mną pracują czy to bezpośrednio w pracowni, czy poza nią. Tak było w przypadku mojego najnowszego dzieła "Niebiańska Jerozolima". Przygotowanie do jego realizacji wymagało ode mnie niemalże studiów teologicznych, a w związku z tym konsultacji ze specjalistami, ponieważ tryptyk odnosi się do wielu wątków zawartych w Apokalipsie św. Jana i aby dobrze te treści przedstawić w dziele, trzeba je było gruntownie poznać i przemyśleć.

25 marca br., w dniu Zwiastowania Pańskiego, odbyło się w Jerozolimie odsłonięcie i poświęcenie "Niebiańskiej Jerozolimy". Co to za dzieło?
- Jest to nastawa ołtarzowa w formie tryptyku wraz z monstrancją, wykonana do IV stacji Drogi Krzyżowej w Jerozolimie. Tryptyk został umieszczony w jednej z kaplic odkrytych podczas remontu piwnic w kościele, który znajduje się na trasie jerozolimskiej Drogi Krzyżowej. W kaplicy tej odkryto mozaikę bizantyjską pochodzącą z IV-V w., przedstawiającą ślady stóp Matki Bożej - sprawiało to wrażenie niejako udokumentowanej IV stacji Drogi Krzyżowej. W kaplicy, gdzie obecnie znajduje się tryptyk, trwa wieczysta adoracja. "Niebiańska Jerozolima" odbyła wcześniej swoistą peregrynację po Europie, której finałem był Watykan, gdzie Ojciec Święty Benedykt XVI pobłogosławił w języku polskim to dzieło. Powstało ono w intencji pokoju w Ziemi Świętej, na całym świecie, a przede wszystkim w sercu każdego człowieka, oraz w intencji działalności naszego Stowarzyszenia Communita Regina della Pace (Stowarzyszenia Królowej Pokoju), które powołaliśmy w celu szerzenia kultu eucharystycznego na świecie. Z tej okazji została w Jerozolimie odprawiona Msza Święta z udziałem m.in. nuncjusza apostolskiego w Jerozolimie, ks. abp. Antonia Franco, ks. bp. Zygmunta Zimowskiego, delegata Episkopatu Polski ds. Duszpasterstwa Emigracji, patriarchy łacińskiego Jerozolimy Fouada Boutrosa Twala. Niestety mieliśmy duże trudności z przewiezieniem tryptyku do Izraela. Modląc się w tej intencji w Bazylice Grobu Bożego, ofiarowałem ten problem Chrystusowi, mówiąc: "Panie Jezu, przyjmij modlitwę ludzi, którzy uczestniczyli w tej pracy. Jeżeli zechcesz, to wszystkie trudności w jednej chwili znikną, a ołtarz przy IV stacji Drogi Krzyżowej zostanie umieszczony i będzie służył modlitwie i adoracji". Niedługo po wyjściu z bazyliki otrzymałem wiadomość, że jest zgoda władz izraelskich na wjazd tryptyku do Jerozolimy. W tym momencie miałem poczucie spełnienia i lekkości, jakie płyną z wysłuchanej modlitwy. 

Czy tryptyk jerozolimski jest dla Pana najważniejszą, jak do tej pory, pracą?
- Każda z kolejnych prac, która wychodzi z mojej pracowni, jest w tym momencie dla mnie najważniejsza i utożsamiam się z nią jak z własnym dzieckiem. Wynika to z moich trosk i zabiegów, mojej modlitwy i przemyśleń. Niezaprzeczalnie najwięcej emocji, które sięgały niemal do głębi mojej duszy i moich możliwości, wzbudzała właśnie praca przy tryptyku jerozolimskim. Ta inicjatywa zrodziła się z chęci ofiarowania przez pana Piotra Ciołkiewicza, obecnego prezesa Stowarzyszenia Communita Regina della Pace, niewielkiej monstrancji do Bazyliki Grobu Bożego w Jerozolimie. Z tym pomysłem zwrócił się on do paulina
o. Alberta Szustaka, który wskazał na moją pracownię. W 2007 roku podczas Świąt Wielkanocnych udałem się do Ziemi Świętej z projektem dzieła. Spodobał się on tak bardzo egzarsze Kościoła katolickiego Ormian w Jerozolimie Msgr. Raphaelowi Minassianowi, że zaproponował mi wykonanie całej nastawy ołtarzowej Kaplicy Adoracyjnej. Nastawa jest tylko oprawą, na której stoi monstrancja w kształcie sylwetki Maryi, w której adorujemy Pana Jezusa. Pracę nad tryptykiem objął swoim patronatem ks. kard. Joachim Meisner, którego egzegeza wpłynęła na proces twórczy. Przywołał on słowa Ojca Świętego Jana Pawła II mówiące o tym, że Matka Boża była pierwszym tabernakulum, pierwszą monstrancją.

Jakie wrażenia wyniósł Pan z pobytu w Ziemi Świętej?
- Z racji pracy przy tryptyku wielokrotnie jeździłem do Ziemi Świętej, ale każdy kolejny wyjazd był czymś nowym i odkrywczym, ponieważ Ziemia ta kryje w sobie bogatą i niezwykłą historię. Można odnieść wrażenie, że wystarczy zagłębić szpadel w ziemi, a od razu wydobędzie się na powierzchnię jakiś cenny archeologicznie zabytek. To jest też bardzo zróżnicowany geograficznie obszar. Znajdują się tam zarówno wysokie góry, jak i depresja - poniżej 400 metrów p.p.m. Można jeździć na nartach bądź pływać w Morzu Martwym. Jest to kraj kontrastów. Obok doliny Jordanu, gdzie zbiory odbywają się trzy razy w roku, rozciąga się Pustynia Judzka ze swoimi kolorami... Widzimy tam namioty beduinów, wielbłądy, a za chwilę współczesną architekturę. Szczególne wrażenie zrobiła na mnie stara część Jerozolimy. Za każdym razem, kiedy tam przebywałem, miałem poczucie, że nic się w tym miejscu nie zmieniło od 2 tys. lat. Pielgrzymi idący trasą Drogi Krzyżowej z jednej strony przeszkadzają sprzedawcom, którzy w wąskich uliczkach jerozolimskiej starówki handlują, a z drugiej strony sprzedawcy przeszkadzają modlącym się pielgrzymom, zaczepiając ich i namawiając do kupienia towarów. Stanowi to namiastkę atmosfery, w jakiej przebiegała Droga Krzyżowa Pana Jezusa. Niosąc krzyż, przechodził przez gwarne miasto, był poszturchiwany, bity, kopany i z pewnością przeszkadzał ówczesnym handlarzom. Jego męka dokonywała się w zgiełku tłumu. Dziś sprzedaje się tam obok siebie bieliznę, różańce, mięso... itp. Następuje tam wprost symboliczne zetknięcie się różnorodnych kultur.

Oprócz tryptyku jerozolimskiego jest Pan również autorem tabernakulum w kształcie serca, z którego wyrasta drzewo życia. Tabernakulum to znajduje się w Pana kościele parafialnym na Zaspie w Gdańsku... Jakie cele stawia Pan sztuce sakralnej?
- Sztuka sakralna powinna być nakierowana na Boga, więc musi wypływać z modlitwy, z pewnego rodzaju przemyślenia i nie może wskazywać na autora. Powinna mieć w sobie ukrytą treść, którą ktoś, kto się w jej otoczeniu znajdzie, zacznie w jakiś sposób odczytywać. Może dzieło to skłoni go do jakiejś głębszej refleksji bądź wpłynie na niego grą nastroju, przestrzeni, światła, cienia. Przede wszystkim ma ona stwarzać odpowiedni klimat do modlitwy. Bóg ofiarował nam talenty, niepowtarzalną szansę w życiu, którą każdy musi wykorzystać w najlepszy sposób. Mam swoisty dług do spłacenia...

Dzisiejsza sztuka odbiega jednak często od Boga...
- Tak, to prawda. Czasami mam takie wrażenie, że osoby, którym brakuje zdolności czy znajomości technik tworzenia, próbują w jakiś sposób wskazać na siebie jako na autora, a nie na pracę, jaką wykonali. A sztuka raczej nie powinna mówić o autorze, ale zwracać uwagę na coś ważnego, uwrażliwiać, tworzyć nastrój. Osoby, o których wspomniałem, chcą za wszelką cenę zaistnieć, dlatego próbują szokować i dotykają sfer, które obrażają innych, ich uczucia religijne albo ich estetykę. Tak odbieram sztukę niektórych autorów i z nią się nie zgadzam.

Przeżywaliśmy niedawno 4. rocznicę śmierci Sługi Bożego Jana Pawła II. Niejednokrotnie spotykał się Pan z Papieżem Polakiem. Jakie wrażenie na Panu wywarł?
- Ojciec Święty Jan Paweł II jest dla mnie przede wszystkim Ojcem świętym w pełnym tego słowa znaczeniu. Każdy szczegół z moich osobistych spotkań z Janem Pawłem II czy spotkań wspólnych z moją rodziną, wyrył się na trwałe w mojej pamięci. Pierwsze z nich miało miejsce w Watykanie. Byłem wtedy na audiencji wraz z synem Kamilem. Obecny ks. kard. Stanisław Dziwisz, przedstawiając mnie Ojcu Świętemu, powiedział, że to jest artysta, który wykonał tę i tę pracę. Papież szeroko otworzył ramiona i przytulił mnie, a ja cały "roztopiłem się" wówczas jak masło. Obok stał mój syn i ks. kard. Dziwisz powiedział: "A to jest syn artysty". Ojciec Święty odparł: "Ojciec artysta, to może i syn też będzie artystą?". Kamil odpowiedział wtedy, że bardzo by pragnął tworzyć podobnie jak ja. To była taka specyficzna obietnica dana pod wpływem chwili i emocji Janowi Pawłowi II. Została jednak spełniona, bo syn skończył Akademię Sztuk Pięknych i jego twórczość jest również nacechowana głównie wątkami sakralnymi.

Które spotkanie z Papieżem Janem Pawłem II było dla Pana najważniejsze?
- Każde było ważne. Pewnego razu byliśmy wraz z całą rodziną przyjęci przez Ojca Świętego w bibliotece w Watykanie. Spotkanie, które miało potrwać 15-20 minut, przedłużyło się prawie do godziny. Ojciec Święty rozmawiał z każdym: z moją małżonką, z dwójką moich synów i ze mną. Nigdy nie widziałem u mojej żony tylu łez radości i szczęścia, które popłynęły z jej oczu pod wpływem wzruszenia. Kiedy Jan Paweł II mnie pobłogosławił, powiedział, że skoro błogosławi męża, to pobłogosławi również małżonkę. Próbował zdjąć kapelusz z jej głowy, bo etykieta watykańska nakazuje, aby kobieta miała nakrytą głowę, ale pomimo licznych trąceń ręką przez Ojca Świętego kapelusza nie udało się zdjąć. Wówczas zdecydował się pobłogosławić żonę, trzymając rękę na kapeluszu, co wywołało uśmiech osób stojących obok, a ona ze wzruszenia jeszcze bardziej zaczęła płakać. Zapamiętamy te chwile na zawsze. Podczas spotkania otrzymałem również aprobatę Papieża dla pomysłu stworzenia bursztynowej sukienki dla Ikony Jasnogórskiej. Nie zdążyłem wykonać tej sukni za jego życia, ale Ojciec Święty zdążył pobłogosławić złote korony, które są elementem całości.

Czy cieszy Pana fakt, że Kamil poszedł w Pańskie ślady?
- Bardzo. Dwa lata temu, jak wspomniałem, skończył Akademię Sztuk Pięknych w Gdańsku. Jego pracą dyplomową jest rzeźba św. Michała Archanioła w marmurze kararyjskim, która eksponowana była przez pół roku w Muzeum Narodowym w Gdańsku, obok tryptyku Memlinga, na którego rewersie namalował on tę rzeźbę. Ostatnią pracą Kamila jest rzeźba postaci św. Siostry Faustyny w tym samym materiale, która znajduje się w Łodzi, na skwerze, u zbiegu ulic Sieradzkiej i Piotrkowskiej, niedaleko katedry łódzkiej. Jest to fontanna przedstawiająca św. Faustynę, która czerpie ze źródła Miłosierdzia, jakim jest krzyż. Z tego krzyża wypływa woda, którą św. Faustyna przekazuje innym.

Pochodzi Pan z Dzierżoniowa na Śląsku. Jak to się stało, że Pana losy związały się z Gdańskiem?
- Przyjechałem do Gdańska w roku 1980, w trudnym okresie dla Wybrzeża i całego kraju, gdy budziła się nowa rzeczywistość, odzyskiwana była wolność polityczna i gospodarcza. Wahaliśmy się z małżonką, czy zamieszkać w Gdańsku, czy w Krakowie. Ostatecznie wybraliśmy Gdańsk, ze względu na morze, jeziora, niewysokie pagórki wokół... Żeby można było zamieszkać wtedy w tym mieście i zdobyć choćby tymczasowe zameldowanie, trzeba było rozpocząć pracę w stoczni. Tak też uczyniłem. Nie trwało to jednak długo, ponieważ szybko znalazłem zatrudnienie w pracowniach złotniczych w Gdańsku. Po uzyskaniu dokumentów czeladniczych, a potem mistrzowskich otworzyłem własną pracownię, kończąc w międzyczasie Akademię Sztuk Pięknych w Łodzi. W tym roku mija 25. rocznica mojej działalności artystycznej. Mieszkam od lat w dzielnicy Zaspa, od czasu do czasu przebywam też poza Gdańskiem w pięknej wsi. Obok naszego kościoła parafialnego jest szpital miejski, w którym pracuje moja małżonka jako lekarz anestezjolog na oddziale intensywnej terapii. W pobliżu znajduje się moja pracownia, w odległości kilku metrów od dawnego ołtarza-łodzi Ojca Świętego Jana Pawła II, który stał tutaj podczas III pielgrzymki Papieża do Polski w 1987 roku.

Czy Drapikowski Studio z założenia ma być firmą rodzinną na pokolenia?
- Jest firmą rodzinną, wszyscy w tej pracowni mamy swój udział. Oprócz młodszego syna Kamila, o którym mówiliśmy, mam drugiego syna - Andrzeja, który też pracuje w tej pracowni. Skończył ekonomię, bankowość i zarządzanie i zajmuje się działalnością pracowni od strony ekonomicznej.

Pana żona również wnosi cenne rady?
- Oczywiście. Bez jej aprobaty i uczestniczenia we wszystkich większych pracach nie poradziłbym sobie.

Nad czym zamierza Pan pracować w najbliższej przyszłości - czy będzie Pan "szył" nową suknię dla Matki Bożej?
- Tak. Jedną z moich nowych realizacji będzie sukienka dla kopii Ikony Jasnogórskiej. Obraz znajduje się w kościele Najświętszego Zbawiciela w Warszawie. Kopia ta, którą 10 lat temu Jan Paweł II ukoronował i poświęcił, jest jedną z najstarszych, ma bowiem 100 lat. Z racji tej rocznicy oraz 10-lecia ukoronowania wykonuję dla niej nietypową suknię ze złota, srebra i palladu, która zostanie ukończona na początku czerwca br. W różnych warstwach tej sukni można będzie odnaleźć wpisane daty związane z odzyskiwaniem wolności przez Naród Polski, a także słowa zawierzenia wypowiedziane przez Jana Pawła II podczas poświęcenia koron i akt ofiarowania Polski pod opiekę Matki Bożej przez Prymasa Tysiąclecia ks. kard. Stefana Wyszyńskiego.

Czy znajduje Pan czas na odpoczynek?
- Jestem typem pracoholika, ale lubię podróżować. Jeżeli tylko mogę, zaszywam się też u siebie na wsi, ale ten odpoczynek również związany jest z pracą. Nie umiem odpoczywać, nic nie robiąc, zawsze jest to odpoczynek czynny. Jeżeli już uda mi się oderwać od pracy, to wyjeżdżam w góry.

A podróże po świecie?
- W dużej mierze są to podróże związane z pracą, którą w danym momencie realizuję. Chętnie zwiedzałbym inne kraje, ale niewiele na takie podróże znajduję czasu. Takim niezwykłym miastem, które odwiedziłem, jest Moskwa. Ponieważ wykonuję prace związane ze zdobieniem szkła srebrem i bursztynem, jeżdżę na specjalne targi do Moskwy, które odbywają się w styczniu, kiedy temperatury spadają tam niemal do -40 stopni Celsjusza. Na targach spotykałem jednak ludzi, którzy uważali, że to nie jest wcale duży mróz. Pochodzili z Irkucka, gdzie mróz spada do -60 stopni Celsjusza. Wtedy człowiek idąc, zostawia w powietrzu ślad.

Co szczególnie ceni Pan w życiu?
- Cenię sobie bardzo współpracę z ludźmi. Uważam, że dzięki niej można realizować więcej zamierzeń, robić to śmielej i w dalszej perspektywie. Cenię bardzo zaufanie, jakim mnie ludzie darzą. Jestem wdzięczny tym, którzy chcą ze mną współpracować. Dotyczy to zarówno pracowników, jak i wielu osób, które w jakikolwiek sposób mnie wspierają. Cenię także uczciwość.

A wiara jest tą siłą, która motywuje do pracy i nadaje jej sens?
- Stanowczo tak. Daje też nadzieję i siłę.

Dziękuję za rozmowę.
 
Żródło: Nasz Dziennik
 
http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20090411&typ=my&id=my31.txt

Gwiazdy

Betlejem
Medjugorje
Namyang
Oziornoje
Yamoussoukro
Kibeho

Multimedia

Polecamy

stat4u
Copyright